I
Nie chce mi się pisać. Po części z lenistwa, po części z tego, że zajmowały mnie ostatnio inne sprawy, a po części z pewnych uwarunkowań psychologicznych. Na przykład, dlatego, że czuję, że to, co piszę nie porywa, nie zachwyca ani nie jest szczególnie odkrywcze. Ale dlaczego miałoby takie być? Takie przeświadczenie to wytwór mojej egocentrycznej wyobraźni. Tak, więc obecny wpis proszę potraktować, jako moją walkę o przywrócenie właściwych proporcji w widzeniu samego siebie.
II
Gdzieś tak od października rozmyślałem o tym jakby to było gdybym był poganinem czczącym Słońce. Najczęściej myślałem o tym w kościele, gdy promienie naszej dziennej gwiazdy w porze zachodu oświetlały wnętrze świątyni. W ramach tych rozmyślań rozważałem różne kwestie. Czy na przykład w promieniach słonecznych jest jakiś czynnik wyzwalający w mózgu ludzkim intuicje religijne? (To takie bardziej naturalistyczne niż pogańskie. Ciekawe czy gdyby to była prawda Dawkins chciałby zakazać wystawiania się na promienie Słońca?) Medytowałem też w duchu swojego wpisu z tego bloga z grudnia zeszłego roku. Starałem się bardziej wczuć w położenie moich przodków. Zastanawiało mnie też, jaką rolę pełniłby Księżyc w takiej solarnej religii? Byłby sojusznikiem Słońca walczącym z ciemnościami Nocy? Czy też kimś w rodzaju Szatana, który kradnie energię życiową Świetlistego Bóstwa? A jako, że lubię Księżyc, to czy nie zostałbym kimś w rodzaju satanisty w takim układzie?
(Tak na marginesie. Jedyna odmiana satanizmu, jaka mi się w miarę spodobała to Kościół Szatana z Armagh z cyklu sf Imperium Człowieka autorstwa Dawida Webera i Johna Ringo.)
III
Zmarło się jednemu ateiście, który przy okazji był intelektualny celebrytą. Facet był z nie mojej bajki i pewno byśmy się pobili gdyby zamknęli nas w jednym pokoju. Pewien katolicko-prawicowy portal zamieścił o nim tekst oraz o jego bracie, który jest pobożnym konserwatystą. Niestety przeczytałem oprócz tego tekstu komentarze, jakie się pod nim znajdowały. Chciałbym przerabiać pewnego rodzaju „bogoojczyźniane” bredzenie na laski dynamitu, które następnie wsadzałbym w mordy albo dupy owych nawiedzonych „rycerzy Sprawy” i podpalałbym lonty.
IV
Jeszcze raz o nie pisaniu. Czasami najchętniej bym tak prowadził ten blog by był on podobny do Admiral Cod. Stety, niestety nie jestem anglosaskim bankierem. Choć czasami tak sobie marzę by kimś takim być. O ile fajniej można byłoby widzieć historię swojego kraju. Ten dyskretny urok imperializmu. Jestem jednak nadodrzańskim Sarmatą a nie zachodnim dandysem. I właśnie z tej mojej sarmackiej perspektywy wynika moja niechęć do endeckiej tradycji. Nie uważam jej tak jak to twierdzi Rafał A. Ziemkiewicz, że jest to najpiękniejsza polska tradycja. Ja jej nawet nie uważam za polską. To jest kolejny nabzdyczony prąd intelektualny, który ma pretensję, że w Polsce nie jest tak jak na Zachodzie. Jest także kilka innych środowisk prawicowych, które także lubią się z pozycji zachodnich dąsać na polską, siermiężną rzeczywistość. Tak, więc na pewnym poziomie GW, MW i KZ-M dążą do tego samego celu- przerobienia Lechitów w zachodnich Europejczyków. Przewaga „lewych” nad „prawymi” jest taka, że ci pierwsi odwołują się do Zachodu, który istnieje teraz i tu. Jest to niewątpliwie łatwiej przyswajalne dla demosu. „Prawi” chcą by u nas było tak jak na nieistniejącym Zachodzie (pomijam tutaj fanów USA) . Czyżby chcieliby Polska także nie-istniała jak ów ichni Zachód? Tym pytaniem wyzłośliwiam się straszliwie, bo sam przecież odwołuję się do nieistniejących rzeczywistości (i to nawet do takich, co nie zaistniały), ale o tym kilka zdań później. Swego czasu napisałem, że Polacy nie wyciągnęli wniosków z klęski w 1939 roku. Jest jednak jeszcze gorzej. Myśmy nie wyciągnęli wniosków z klęski rozbiorów. Jak słusznie zauważył profesor Andrzej Waśko masochistyczna fascynacja upadkiem I RP przesłoniła zupełnie fakt, że to państwo wcale nieźle funkcjonowało spory kawał czasu. Zgadzam się z pewnym Niemcem, że konserwatyzm dziś to tworzenie rzeczy, które będziemy chcieli zachować jutro. Więc kiedy polski Demiurg będzie tworzył nową Rzeczpospolitą to chciałbym by wpatrywał się nie w archetypy francuskiej mistyki królewskiej czy brukselskiej demokracji ale w nasze Międzymorskie Rzeczy Wspólne.
(No to raczej nie było o nie pisaniu, ale poprawiać nie będę.)
V
Zrobiłem sobie przerwę w pisaniu i zajrzałem na bloga Studyty. Z zapowiedzi wiedziałem, że ma być nowy wpis. Qrcze, jak to dobrze wiedzieć, że myśli przyjaciół orbitują w podobnych okolicach co moje.
VI
Moim nielicznym Czytelnikom składam życzenia wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Niech Jezus Chrystus, prawdziwy Sol Invictus, oświeca Wasze życie. Wesołego Jule.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmos. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 grudnia 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
Brzezień
Zachód Słońca. Stoję w oknie i patrzę na drzewo, które rośnie przed moim domem. Myślę o tym jak bardzo ta wiosna przypomina jesień.
piątek, 28 stycznia 2011
Smallville
Moje miasto jest jednym z wielu małych miast na Pomorzu Zachodnim. Znalazłbym jakieś pozytywy lub negatywy, które odróżniają je od innych, ale również w tych pozytywach i negatywach jest ono jednym ze zwyczajnych miast tego regionu. Pozwolę sobie w tym tekście nazwać je nazwą pochodzącą z mitologii teraźniejszego Imperium zza Wielkiej Wody. Kraju, który jeszcze dla wielu moich rodaków jest synonimem dostatniego i wygodnego życia. (Choć ostatnie doniesienia medialne zakłócają ów obraz.) Zachodniopomorskie Smallville w odróżnieniu od tego komiksowo-filmowego miasteczka jest spokojne, by nie rzec nudne. Jego rzeczywistość nie zakłócają deszcze meteorytów ani superbohaterowie. Ludzie tutaj zmagają się ze swoimi codziennymi problemami- praca lub jej brak, kredyty, długi, zakupy, woda i inne komunalne niedogodności. Przeżywają problemy rodzinne i swoje własne rozterki egzystencjalne. Każdego dnia księża w kościele próbują to wszystko poprzez Liturgię zakotwiczyć w Wieczności. Ale mało kogo to obchodzi. Żywsze zainteresowanie Kościołem może wywołać skandal obyczajowy z księdzem albo zakonnicą w roli głównej. To już polityka wzbudza większe emocje. Ludzie, co prawda dzielą polityków albo na cwaniaków, albo na oszołomów i mają nadzieję, że ich gierki nie będą miały wpływu na ich życie, ale polityka przydaje się jako jeden z ekwiwalentów sportowej rywalizacji. Można ją bezpiecznie przeżywać z perspektywy fotela przed telewizorem, albo z wódką przy imprezowym stole.
Wieczorem ludzie na chwilę zrzucają z siebie garb codzienności i oddają się marzeniom o innym życiu. Niektórym te chwile nie wystarczają i wyjeżdżają z miasteczka do dużych miast albo jeszcze dalej. Sercem jestem z tymi, co zostają choć sam od kilku lat próbuję wyjechać. Muszę stracić to miasto by je potem móc znowu odzyskać. Choć obawiam się czy rysująca się na horyzoncie zdarzeń nowa geopolityczna burza nie zmiecie tego mojego Smallville tak jak zmiotła świat jego poprzednich mieszkańców. Porządnych mieszczan, na których miejsce przyszli moi barbarzyńscy przodkowie. Ale może nie będzie tak źle i zamiast huraganu będzie tylko małe zawirowanie. Podążających ulicami miasteczka ludzi mało to obchodzi. Jak tu myśleć o geopolityce, gdy rzeczywistość skrzeczy? Czasami myślę, że oni, mniej lub bardziej świadomie, swoje tutaj trwanie postrzegają tak jak trwanie jeziora, drzew, kamieni. Jako coś stałego. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Pakuje swoje rzeczy i wybieram się do tego drugiego, większego miasta, z którym teraz próbuję związać swoje losy. Za kilka dni znowu wrócę i znowu będę patrzył na ulice mojego Smallville. Na ten realny krajobraz na który nie raz nakładałem siatkę swojej fantazji. Życzę Ci moje miasto by Historia nie obeszła się z Tobą tak okrutnie jak w czasie Drugiej Apokalipsy. Oraz by nie spełniły się moje, co bardziej katastroficzne fantazje. W rzeczywistości mogę nie mieć tyle mocy by Cię ocalić. Jesteś moją Jerozolimą i Rzymem/Bizancjum, Shire i Smallville. Jesteś omfalos wypuszczony przez czerwonego orła by wyznaczał mi kierunki świata. Pokój i błogosławieństwo Tobie. Oby Bóg nie odwracał od Ciebie swojego oblicza. Amen.
Wieczorem ludzie na chwilę zrzucają z siebie garb codzienności i oddają się marzeniom o innym życiu. Niektórym te chwile nie wystarczają i wyjeżdżają z miasteczka do dużych miast albo jeszcze dalej. Sercem jestem z tymi, co zostają choć sam od kilku lat próbuję wyjechać. Muszę stracić to miasto by je potem móc znowu odzyskać. Choć obawiam się czy rysująca się na horyzoncie zdarzeń nowa geopolityczna burza nie zmiecie tego mojego Smallville tak jak zmiotła świat jego poprzednich mieszkańców. Porządnych mieszczan, na których miejsce przyszli moi barbarzyńscy przodkowie. Ale może nie będzie tak źle i zamiast huraganu będzie tylko małe zawirowanie. Podążających ulicami miasteczka ludzi mało to obchodzi. Jak tu myśleć o geopolityce, gdy rzeczywistość skrzeczy? Czasami myślę, że oni, mniej lub bardziej świadomie, swoje tutaj trwanie postrzegają tak jak trwanie jeziora, drzew, kamieni. Jako coś stałego. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Pakuje swoje rzeczy i wybieram się do tego drugiego, większego miasta, z którym teraz próbuję związać swoje losy. Za kilka dni znowu wrócę i znowu będę patrzył na ulice mojego Smallville. Na ten realny krajobraz na który nie raz nakładałem siatkę swojej fantazji. Życzę Ci moje miasto by Historia nie obeszła się z Tobą tak okrutnie jak w czasie Drugiej Apokalipsy. Oraz by nie spełniły się moje, co bardziej katastroficzne fantazje. W rzeczywistości mogę nie mieć tyle mocy by Cię ocalić. Jesteś moją Jerozolimą i Rzymem/Bizancjum, Shire i Smallville. Jesteś omfalos wypuszczony przez czerwonego orła by wyznaczał mi kierunki świata. Pokój i błogosławieństwo Tobie. Oby Bóg nie odwracał od Ciebie swojego oblicza. Amen.
środa, 29 września 2010
Przemyślenia w miesiącu wrzosów
I
Zastanawiające jest jak wiele w obecnej modzie widać wpływów militarnych. I nie chodzi mi o takie oczywiste rzeczy jak używanie wojskowych sortów mundurowych czy też stylizacje na takowe. Jak się bacznie przyglądnie niektórym niewyglądającym, na pierwszy rzut oka, militarnie czapkom czy spodniom to jednak dojrzy się ewidentne zapożyczenia ze strefy Aresa. Jest to niezwykle ciekawe w zestawieniu z obowiązującym pacyfistycznym duchem obecnego okresu.
II
Przeglądałem ostatnio kalendarz wydany przez pewną firmę dla nauczycieli. Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Otóż okazało się, że różne dni w ciągu roku są dniami różnych rzeczy lub zawodów. Mamy więc Dzień Stawów i Oczek Wodnych, jak i Dzień Nauczyciela, Dzień Komiksu i Dzień Informatyka. Wyliczankę można tak ciągnąć długo. Im więcej poznawałem nowych świeckich „świąt” tym bardziej dochodziło do mnie, że mamy tu wyraźną analogię do Roku Liturgicznego. Kiedyś rytm roku obok okresów klimatycznych wyznaczały także kościelne święta. Była to Wielka Historia Zbawienia, której głównymi punktami były najważniejsze wydarzenia związane z osobą Jezusa. A swoistymi przypisami do owej Opowieści były dni poświęcone świętym. Każdy z nich zaś był patronem jakiegoś elementu rzeczywistości. Na przykład święta Cecylia opiekowała się muzyką, święty Błażej chorymi na gardło, a święty Michał Archanioł żołnierzami. Dziś świętych zamieciono w kąt naszej rzeczywistości, ale pragnienie wyróżniania pewnych dni pozostało. Jak by to ujął de Bonald „tak głęboka i naturalna jest idea ładu”.
III
Jednym z podstawowych błędów Władysława II było nie zrównanie w prawach z bojarami katolickimi bojarów prawosławnych. Można by i wybaczyć mu ten błąd doprowadził on bowiem do wojny domowej w Wielkim Księstwie, która wzmocniła tendencje zjednoczeniowe z Koroną Polską. Można ten błąd także zrozumieć. Wszak w tamtych czasach identyfikacje religijne były mocniejsze niż dziś. Jednak moim zdaniem był to bardzo poważny błąd. Dał naszym wschodnim sąsiadom możliwość i pretekst mącenia na terytorium Rzeczpospolitej. Zrównanie zaś szlachty prawosławnej z katolicką mogłoby zaś pozwolić Jagiellonom i ich następcom na przyciągnięcie do naszego państwa Nowogrodu Wielkiego oraz innych terytoriów ruskich. Puszczając zaś zupełnie wodze fantazji, to można by rzecz, że dobrze wypracowana tolerancja religijna mogłaby się na bardziej przydać. Moglibyśmy wykorzystać husytów przeciw Habsburgom. Następnie lepiej przygotować krucjatę Władysława III. Gdyby zaś Warna była zwycięstwem a nie klęską, to można by się pokusić o jakieś koligacje z warstwą rządzącą w Konstantynopolu. Tytuł basileusa byłby w zasięgu ręki. Mając po swojej stronie i ortodoksów i husytów można by pograć inaczej z Rzymem i Habsburgami oraz Moskwicinami. Takie to są moje niespełnione marzenia o dwugłowym białym orle.
IV
Czytając teksty Jacoba Taubesa na temat upadku średniowiecznej wizji świata odkryłem w sobie dość duże pokłady średniowiecznej osobowości. Jestem po części wyobcowanym z Kosmosu człowiekiem współczesnym, ale równocześnie dostrzegam Boski Ład w świecie przyrody. Taubes ma rację, że przejście od kosmologii ptolemejskiej do kopernikańskiej zniszczyło zasadę analogii fundamentalną dla teologii (politycznej) Średniowiecza. Jednak nie do końca moim zdaniem wyjaśnia przyczyny załamania się owej zasady. Przy znacznym ładunku symboliki solarnej w chrześcijaństwie związek pomiędzy nowożytną kosmologią a teologią mógł zostać utrzymany. Czemu się tak nie stało? Myślę, że Davila (i jego scholia na temat arystotelizmu/tomizmu) przynoszą odpowiedź na ten temat.
V
Ostatnio mogłem zaobserwować (duże) zainteresowanie geopolityką i (mniejsze) teologią (polityczną). Tęsknota za Kosmosem? Za wszystko porządkującym Logosem?
VI
Fraza „inny świat” kojarzy się z książką Gustawa Herlinga-Grudzińskiego na temat łagrów. Ja używam jej w innym kontekście. To coś, co jest we mnie, ale także bardzo po za mną. To przede wszystkim tęsknota. Odzywa się we mnie gdy widzę ślady innego świata. Smugi kondensacyjne samolotów, przystań jachtowa nad jeziorem Dąbie, wojskowe pojazdy przejeżdżające obok mnie, fotografia miecza…
Zastanawiające jest jak wiele w obecnej modzie widać wpływów militarnych. I nie chodzi mi o takie oczywiste rzeczy jak używanie wojskowych sortów mundurowych czy też stylizacje na takowe. Jak się bacznie przyglądnie niektórym niewyglądającym, na pierwszy rzut oka, militarnie czapkom czy spodniom to jednak dojrzy się ewidentne zapożyczenia ze strefy Aresa. Jest to niezwykle ciekawe w zestawieniu z obowiązującym pacyfistycznym duchem obecnego okresu.
II
Przeglądałem ostatnio kalendarz wydany przez pewną firmę dla nauczycieli. Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Otóż okazało się, że różne dni w ciągu roku są dniami różnych rzeczy lub zawodów. Mamy więc Dzień Stawów i Oczek Wodnych, jak i Dzień Nauczyciela, Dzień Komiksu i Dzień Informatyka. Wyliczankę można tak ciągnąć długo. Im więcej poznawałem nowych świeckich „świąt” tym bardziej dochodziło do mnie, że mamy tu wyraźną analogię do Roku Liturgicznego. Kiedyś rytm roku obok okresów klimatycznych wyznaczały także kościelne święta. Była to Wielka Historia Zbawienia, której głównymi punktami były najważniejsze wydarzenia związane z osobą Jezusa. A swoistymi przypisami do owej Opowieści były dni poświęcone świętym. Każdy z nich zaś był patronem jakiegoś elementu rzeczywistości. Na przykład święta Cecylia opiekowała się muzyką, święty Błażej chorymi na gardło, a święty Michał Archanioł żołnierzami. Dziś świętych zamieciono w kąt naszej rzeczywistości, ale pragnienie wyróżniania pewnych dni pozostało. Jak by to ujął de Bonald „tak głęboka i naturalna jest idea ładu”.
III
Jednym z podstawowych błędów Władysława II było nie zrównanie w prawach z bojarami katolickimi bojarów prawosławnych. Można by i wybaczyć mu ten błąd doprowadził on bowiem do wojny domowej w Wielkim Księstwie, która wzmocniła tendencje zjednoczeniowe z Koroną Polską. Można ten błąd także zrozumieć. Wszak w tamtych czasach identyfikacje religijne były mocniejsze niż dziś. Jednak moim zdaniem był to bardzo poważny błąd. Dał naszym wschodnim sąsiadom możliwość i pretekst mącenia na terytorium Rzeczpospolitej. Zrównanie zaś szlachty prawosławnej z katolicką mogłoby zaś pozwolić Jagiellonom i ich następcom na przyciągnięcie do naszego państwa Nowogrodu Wielkiego oraz innych terytoriów ruskich. Puszczając zaś zupełnie wodze fantazji, to można by rzecz, że dobrze wypracowana tolerancja religijna mogłaby się na bardziej przydać. Moglibyśmy wykorzystać husytów przeciw Habsburgom. Następnie lepiej przygotować krucjatę Władysława III. Gdyby zaś Warna była zwycięstwem a nie klęską, to można by się pokusić o jakieś koligacje z warstwą rządzącą w Konstantynopolu. Tytuł basileusa byłby w zasięgu ręki. Mając po swojej stronie i ortodoksów i husytów można by pograć inaczej z Rzymem i Habsburgami oraz Moskwicinami. Takie to są moje niespełnione marzenia o dwugłowym białym orle.
IV
Czytając teksty Jacoba Taubesa na temat upadku średniowiecznej wizji świata odkryłem w sobie dość duże pokłady średniowiecznej osobowości. Jestem po części wyobcowanym z Kosmosu człowiekiem współczesnym, ale równocześnie dostrzegam Boski Ład w świecie przyrody. Taubes ma rację, że przejście od kosmologii ptolemejskiej do kopernikańskiej zniszczyło zasadę analogii fundamentalną dla teologii (politycznej) Średniowiecza. Jednak nie do końca moim zdaniem wyjaśnia przyczyny załamania się owej zasady. Przy znacznym ładunku symboliki solarnej w chrześcijaństwie związek pomiędzy nowożytną kosmologią a teologią mógł zostać utrzymany. Czemu się tak nie stało? Myślę, że Davila (i jego scholia na temat arystotelizmu/tomizmu) przynoszą odpowiedź na ten temat.
V
Ostatnio mogłem zaobserwować (duże) zainteresowanie geopolityką i (mniejsze) teologią (polityczną). Tęsknota za Kosmosem? Za wszystko porządkującym Logosem?
VI
Fraza „inny świat” kojarzy się z książką Gustawa Herlinga-Grudzińskiego na temat łagrów. Ja używam jej w innym kontekście. To coś, co jest we mnie, ale także bardzo po za mną. To przede wszystkim tęsknota. Odzywa się we mnie gdy widzę ślady innego świata. Smugi kondensacyjne samolotów, przystań jachtowa nad jeziorem Dąbie, wojskowe pojazdy przejeżdżające obok mnie, fotografia miecza…
Subskrybuj:
Posty (Atom)