Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 listopada 2013
Heretyk
Moja herezja: I RP była wspaniała, miała
wspaniały ustrój. Nasze powstania były wspaniałe, warto walczyć o
wolność. Sarmatyzm i romantyzm to najcenniejsze składniki naszej
kultury.
czwartek, 22 grudnia 2011
Przemyślenia w miesiącu grudy
I
Nie chce mi się pisać. Po części z lenistwa, po części z tego, że zajmowały mnie ostatnio inne sprawy, a po części z pewnych uwarunkowań psychologicznych. Na przykład, dlatego, że czuję, że to, co piszę nie porywa, nie zachwyca ani nie jest szczególnie odkrywcze. Ale dlaczego miałoby takie być? Takie przeświadczenie to wytwór mojej egocentrycznej wyobraźni. Tak, więc obecny wpis proszę potraktować, jako moją walkę o przywrócenie właściwych proporcji w widzeniu samego siebie.
II
Gdzieś tak od października rozmyślałem o tym jakby to było gdybym był poganinem czczącym Słońce. Najczęściej myślałem o tym w kościele, gdy promienie naszej dziennej gwiazdy w porze zachodu oświetlały wnętrze świątyni. W ramach tych rozmyślań rozważałem różne kwestie. Czy na przykład w promieniach słonecznych jest jakiś czynnik wyzwalający w mózgu ludzkim intuicje religijne? (To takie bardziej naturalistyczne niż pogańskie. Ciekawe czy gdyby to była prawda Dawkins chciałby zakazać wystawiania się na promienie Słońca?) Medytowałem też w duchu swojego wpisu z tego bloga z grudnia zeszłego roku. Starałem się bardziej wczuć w położenie moich przodków. Zastanawiało mnie też, jaką rolę pełniłby Księżyc w takiej solarnej religii? Byłby sojusznikiem Słońca walczącym z ciemnościami Nocy? Czy też kimś w rodzaju Szatana, który kradnie energię życiową Świetlistego Bóstwa? A jako, że lubię Księżyc, to czy nie zostałbym kimś w rodzaju satanisty w takim układzie?
(Tak na marginesie. Jedyna odmiana satanizmu, jaka mi się w miarę spodobała to Kościół Szatana z Armagh z cyklu sf Imperium Człowieka autorstwa Dawida Webera i Johna Ringo.)
III
Zmarło się jednemu ateiście, który przy okazji był intelektualny celebrytą. Facet był z nie mojej bajki i pewno byśmy się pobili gdyby zamknęli nas w jednym pokoju. Pewien katolicko-prawicowy portal zamieścił o nim tekst oraz o jego bracie, który jest pobożnym konserwatystą. Niestety przeczytałem oprócz tego tekstu komentarze, jakie się pod nim znajdowały. Chciałbym przerabiać pewnego rodzaju „bogoojczyźniane” bredzenie na laski dynamitu, które następnie wsadzałbym w mordy albo dupy owych nawiedzonych „rycerzy Sprawy” i podpalałbym lonty.
IV
Jeszcze raz o nie pisaniu. Czasami najchętniej bym tak prowadził ten blog by był on podobny do Admiral Cod. Stety, niestety nie jestem anglosaskim bankierem. Choć czasami tak sobie marzę by kimś takim być. O ile fajniej można byłoby widzieć historię swojego kraju. Ten dyskretny urok imperializmu. Jestem jednak nadodrzańskim Sarmatą a nie zachodnim dandysem. I właśnie z tej mojej sarmackiej perspektywy wynika moja niechęć do endeckiej tradycji. Nie uważam jej tak jak to twierdzi Rafał A. Ziemkiewicz, że jest to najpiękniejsza polska tradycja. Ja jej nawet nie uważam za polską. To jest kolejny nabzdyczony prąd intelektualny, który ma pretensję, że w Polsce nie jest tak jak na Zachodzie. Jest także kilka innych środowisk prawicowych, które także lubią się z pozycji zachodnich dąsać na polską, siermiężną rzeczywistość. Tak, więc na pewnym poziomie GW, MW i KZ-M dążą do tego samego celu- przerobienia Lechitów w zachodnich Europejczyków. Przewaga „lewych” nad „prawymi” jest taka, że ci pierwsi odwołują się do Zachodu, który istnieje teraz i tu. Jest to niewątpliwie łatwiej przyswajalne dla demosu. „Prawi” chcą by u nas było tak jak na nieistniejącym Zachodzie (pomijam tutaj fanów USA) . Czyżby chcieliby Polska także nie-istniała jak ów ichni Zachód? Tym pytaniem wyzłośliwiam się straszliwie, bo sam przecież odwołuję się do nieistniejących rzeczywistości (i to nawet do takich, co nie zaistniały), ale o tym kilka zdań później. Swego czasu napisałem, że Polacy nie wyciągnęli wniosków z klęski w 1939 roku. Jest jednak jeszcze gorzej. Myśmy nie wyciągnęli wniosków z klęski rozbiorów. Jak słusznie zauważył profesor Andrzej Waśko masochistyczna fascynacja upadkiem I RP przesłoniła zupełnie fakt, że to państwo wcale nieźle funkcjonowało spory kawał czasu. Zgadzam się z pewnym Niemcem, że konserwatyzm dziś to tworzenie rzeczy, które będziemy chcieli zachować jutro. Więc kiedy polski Demiurg będzie tworzył nową Rzeczpospolitą to chciałbym by wpatrywał się nie w archetypy francuskiej mistyki królewskiej czy brukselskiej demokracji ale w nasze Międzymorskie Rzeczy Wspólne.
(No to raczej nie było o nie pisaniu, ale poprawiać nie będę.)
V
Zrobiłem sobie przerwę w pisaniu i zajrzałem na bloga Studyty. Z zapowiedzi wiedziałem, że ma być nowy wpis. Qrcze, jak to dobrze wiedzieć, że myśli przyjaciół orbitują w podobnych okolicach co moje.
VI
Moim nielicznym Czytelnikom składam życzenia wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Niech Jezus Chrystus, prawdziwy Sol Invictus, oświeca Wasze życie. Wesołego Jule.
Nie chce mi się pisać. Po części z lenistwa, po części z tego, że zajmowały mnie ostatnio inne sprawy, a po części z pewnych uwarunkowań psychologicznych. Na przykład, dlatego, że czuję, że to, co piszę nie porywa, nie zachwyca ani nie jest szczególnie odkrywcze. Ale dlaczego miałoby takie być? Takie przeświadczenie to wytwór mojej egocentrycznej wyobraźni. Tak, więc obecny wpis proszę potraktować, jako moją walkę o przywrócenie właściwych proporcji w widzeniu samego siebie.
II
Gdzieś tak od października rozmyślałem o tym jakby to było gdybym był poganinem czczącym Słońce. Najczęściej myślałem o tym w kościele, gdy promienie naszej dziennej gwiazdy w porze zachodu oświetlały wnętrze świątyni. W ramach tych rozmyślań rozważałem różne kwestie. Czy na przykład w promieniach słonecznych jest jakiś czynnik wyzwalający w mózgu ludzkim intuicje religijne? (To takie bardziej naturalistyczne niż pogańskie. Ciekawe czy gdyby to była prawda Dawkins chciałby zakazać wystawiania się na promienie Słońca?) Medytowałem też w duchu swojego wpisu z tego bloga z grudnia zeszłego roku. Starałem się bardziej wczuć w położenie moich przodków. Zastanawiało mnie też, jaką rolę pełniłby Księżyc w takiej solarnej religii? Byłby sojusznikiem Słońca walczącym z ciemnościami Nocy? Czy też kimś w rodzaju Szatana, który kradnie energię życiową Świetlistego Bóstwa? A jako, że lubię Księżyc, to czy nie zostałbym kimś w rodzaju satanisty w takim układzie?
(Tak na marginesie. Jedyna odmiana satanizmu, jaka mi się w miarę spodobała to Kościół Szatana z Armagh z cyklu sf Imperium Człowieka autorstwa Dawida Webera i Johna Ringo.)
III
Zmarło się jednemu ateiście, który przy okazji był intelektualny celebrytą. Facet był z nie mojej bajki i pewno byśmy się pobili gdyby zamknęli nas w jednym pokoju. Pewien katolicko-prawicowy portal zamieścił o nim tekst oraz o jego bracie, który jest pobożnym konserwatystą. Niestety przeczytałem oprócz tego tekstu komentarze, jakie się pod nim znajdowały. Chciałbym przerabiać pewnego rodzaju „bogoojczyźniane” bredzenie na laski dynamitu, które następnie wsadzałbym w mordy albo dupy owych nawiedzonych „rycerzy Sprawy” i podpalałbym lonty.
IV
Jeszcze raz o nie pisaniu. Czasami najchętniej bym tak prowadził ten blog by był on podobny do Admiral Cod. Stety, niestety nie jestem anglosaskim bankierem. Choć czasami tak sobie marzę by kimś takim być. O ile fajniej można byłoby widzieć historię swojego kraju. Ten dyskretny urok imperializmu. Jestem jednak nadodrzańskim Sarmatą a nie zachodnim dandysem. I właśnie z tej mojej sarmackiej perspektywy wynika moja niechęć do endeckiej tradycji. Nie uważam jej tak jak to twierdzi Rafał A. Ziemkiewicz, że jest to najpiękniejsza polska tradycja. Ja jej nawet nie uważam za polską. To jest kolejny nabzdyczony prąd intelektualny, który ma pretensję, że w Polsce nie jest tak jak na Zachodzie. Jest także kilka innych środowisk prawicowych, które także lubią się z pozycji zachodnich dąsać na polską, siermiężną rzeczywistość. Tak, więc na pewnym poziomie GW, MW i KZ-M dążą do tego samego celu- przerobienia Lechitów w zachodnich Europejczyków. Przewaga „lewych” nad „prawymi” jest taka, że ci pierwsi odwołują się do Zachodu, który istnieje teraz i tu. Jest to niewątpliwie łatwiej przyswajalne dla demosu. „Prawi” chcą by u nas było tak jak na nieistniejącym Zachodzie (pomijam tutaj fanów USA) . Czyżby chcieliby Polska także nie-istniała jak ów ichni Zachód? Tym pytaniem wyzłośliwiam się straszliwie, bo sam przecież odwołuję się do nieistniejących rzeczywistości (i to nawet do takich, co nie zaistniały), ale o tym kilka zdań później. Swego czasu napisałem, że Polacy nie wyciągnęli wniosków z klęski w 1939 roku. Jest jednak jeszcze gorzej. Myśmy nie wyciągnęli wniosków z klęski rozbiorów. Jak słusznie zauważył profesor Andrzej Waśko masochistyczna fascynacja upadkiem I RP przesłoniła zupełnie fakt, że to państwo wcale nieźle funkcjonowało spory kawał czasu. Zgadzam się z pewnym Niemcem, że konserwatyzm dziś to tworzenie rzeczy, które będziemy chcieli zachować jutro. Więc kiedy polski Demiurg będzie tworzył nową Rzeczpospolitą to chciałbym by wpatrywał się nie w archetypy francuskiej mistyki królewskiej czy brukselskiej demokracji ale w nasze Międzymorskie Rzeczy Wspólne.
(No to raczej nie było o nie pisaniu, ale poprawiać nie będę.)
V
Zrobiłem sobie przerwę w pisaniu i zajrzałem na bloga Studyty. Z zapowiedzi wiedziałem, że ma być nowy wpis. Qrcze, jak to dobrze wiedzieć, że myśli przyjaciół orbitują w podobnych okolicach co moje.
VI
Moim nielicznym Czytelnikom składam życzenia wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Niech Jezus Chrystus, prawdziwy Sol Invictus, oświeca Wasze życie. Wesołego Jule.
czwartek, 22 września 2011
Przemyślenia w siódmym miesiącu
1
Na mocy siedemnastego artykułu henrycjańskiego ogłaszam, że
Bronisław Komorowski nie jest moim prezydentem. Ani Donald Tusk moim premierem.
2
Im bardziej jesteśmy nowocześni tym bardziej powinniśmy być
konserwatywni po to byśmy to my rządzili techniką a nie ona nami.
3
Siedzę sobie razem z Beatrycze na weselu Pat w bardzo zacnym
gronie. Naprzeciw mnie jest Studyta wraz ze swoją nadobną małżonką. Pijemy
sobie na przemian wódkę z winem. W pewnym momencie Study pyta się mnie o moją
tożsamość narodową. Odpowiadam buńczucznie:
-Jestem Prusakiem.
Co prawda Pomorze Zachodnie były przez pewien czas prowincją
Królestwa Prus, ale żadną miarą nie są częścią Prus. Bardziej serio
odpowiadając powinienem powiedzieć, że jestem Pomorzaninem. Ale co to znaczy?
Patrząc na historię Pomorza Zachodniego można dostrzec, że kraina owa gościła
kilka różnych kultur. Żadna z nich na stałe nie utrzymała się na tym terytorium.
Oczywiście owa przemienność kultur występowała także na innych terytoriach
należących obecnie do Rzeczpospolitej. Lecz na nich da się od średniowiecza
poprowadzić jakiś stały motyw kulturowy. Pomorze Zachodnie zaś jest zalewane
przez fale słowiańskie, skandynawskie i niemieckie by w końcu wszystko to
zmiótł komunistyczny sztorm, który pozostawił po sobie rumowisko. Na nim zaś
chodzimy my obecni mieszkańcy Pomorza i próbujemy klecić nieporadnie jakąś
swoją tożsamość. Pomorze Zachodnie etno-kulturowa
czarna dziura.
4
(Jakby, co, to może nie czytajcie tego przy jedzeniu.)
Kościół (świątynia) jest nazywana domem Bożym. Zaiste jednak
specyficznie ludzie się w owym domu zachowują. Już nie mówię o braku słuchania
Gospodarza, bo to się i zdarza gospodarzom ludzkim. Chodzi o
estetyczno-porządkowe sprawy. Wiele rzeczy już sprzątałem z kościelnej podłogi.
Kartoniki po sokach, połamane herbatniki, sklepowe paragony, pinezki (te
musiałem wyjmować z kropielnicy). Oprócz tego ostatniego zapewne ot tak sobie
rzucone na podłogę. Ostatnio zaś musiałem sprzątać gówno, które ktoś na bucie
wniósł do kościoła a potem pozbył się go wycierając o ławkę. Tłumaczy się nam
byśmy wyzbywali się „demonicznych obrazów Boga” na rzecz obrazu Boga
miłosiernego. Wychodzi jednak na to, że ludzie chyba zaczynają uważać Boga za
takiego frajera, któremu można nabałaganić w domu a on i tak spełni nasze
żądania.
5
Wracając do sprawy Pomorza i Prus, to naszła mnie kiedyś
szalona myśl by zaadaptować pruski styl do warunków polskich. Ów styl
obowiązywałby przede wszystkim na bałtyckiej rubieży Rzeczpospolitej. Z jednej
strony byłoby to jakieś rozwiązanie owego spójnego braku historycznej
tożsamości tych ziem, przede wszystkim Pomorza Zachodniego. Zaś z drugiej chodziłoby
o stworzenie wojowniczej nacji, która stałaby na straży morskich interesów
Rzeczpospolitej.
Wojna to rzecz straszna. Wyzwala w człowieku to, co najgorsze. Mordy, grabieże, gwałty- są tacy, co nurzają się w tym z prawdziwą rozkoszą.I dlatego też niektórzy zostają żołnierzami po to by właśnie bronić
swoich przed tymi bestiami w ludzkiej skórze.
czwartek, 1 września 2011
1 września 1939
Ryszard Krynicki
"Elegia niczyja"
Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij
Nie módl się nadaremno.
Nie płacz. Nad twoim miastem,
nad miastem ciemność
Kto ocaleje, kto zginie
wie może mgła poranna.
Kogo dościgną Erynie
- a kogo hańba.
Nie módl się, nie zaklinaj,
nie krzycz przez sen: Napadną.
Za późno. Bije godzina.
Już są, Kasandro.
Już weszli, Kasandro, nie płacz,
nie płacz nawet nade mną.
Nad miastem łuna i rozpacz,
nad nami ciemność.
"Elegia niczyja"
Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij
Nie módl się nadaremno.
Nie płacz. Nad twoim miastem,
nad miastem ciemność
Kto ocaleje, kto zginie
wie może mgła poranna.
Kogo dościgną Erynie
- a kogo hańba.
Nie módl się, nie zaklinaj,
nie krzycz przez sen: Napadną.
Za późno. Bije godzina.
Już są, Kasandro.
Już weszli, Kasandro, nie płacz,
nie płacz nawet nade mną.
Nad miastem łuna i rozpacz,
nad nami ciemność.
czwartek, 14 lipca 2011
Geopolityczny romantyzm
1
Mam taką fantazję związaną z moim starym blogiem. W niej przedstawiciel jakowyś tajnych służb staje się czytelnikiem moich tekstów a potem mnie werbuje do swojej służby. A tam staję się jednym z lepszych analityków. To jest ta jedna z tych fantazji gdzie z większym realizmem odnoszę się do swoich fizycznych niedoskonałości, więc nie jestem tam kimś w rodzaju Jamesa Bonda lecz odpowiednikiem raczej Jacka Ryana. W związku jednak z moim tekstem „Geopolityka Matki Bożej” (można go przeczytać poniżej) czuję się zmuszony dokonać czegoś w rodzaju pożegnania z tą fantazją. Choć znając siebie i tak będę nadal o tym marzył.
2
Dwóch moich przyjaciół, których zdanie sobie wielce cenię, Studyta i Lester, odniosło się do wspomnianego powyżej tekstu. Ogólnie ich ocenę można streścić w następujący sposób: piękna romantyczna wizja nie za bardzo przystająca do realiów. Akurat wtedy kiedy wygłaszali swoje opinie byłem w nastroju bardzo pojednawczym, więc za bardzo nie oponowałem. Jednak im dłużej nad tym myślałem tym bardziej się utwierdzałem, że nie byłem, niestety, za bardzo szczery w tej swojej ugodowości. Moja nieszczerość nie wynikała z jakiegoś wyrachowania wobec moich Przyjaciół. Byłem, bowiem przede wszystkim nieszczery wobec samego siebie. Czas więc skończyć z tym i szczerze powiedzieć, co myślę w związku z tym tekstem.
3
Macie rację moi Przyjaciele. „Geopolityka Matki Bożej” to romantyczna wizja, która nie za bardzo przystaje do obecnych realiów. W jednym z ostatnich numerów „Gościa Niedzielnego” był artykuł, w którym były zamieszczone socjologiczne obserwacje na temat wiary Polaków. Można powiedzieć, że nie jest źle, ale jednak daje się zauważyć pewną tendencję spadkową. Sytuacja robi się zaś naprawdę tragiczna jeśli chodzi o powołania kapłańskie i zakonne. Dodajmy do tego obywatelskie wypalenie ludu nad Wisłą i skupienie się na konsumpcji połączone z zabobonną wiarą w to, że skoro jesteśmy w UE i NATO to historia się dla nas skończyła i nic złego nas już nie spotka. A to jest tylko podwórko polskie. W innych krajach Międzymorza jest podobnie. Ktoś, kto teraz na forum publicznym wystąpiłby z projektem Królestwa Marii byłby bardzo szybko zakwalifikowany, jako oszołom. Sam uznałbym tego człowieka za kogoś wielce nieroztropnego. Dziś taka koncepcja to domena marzycieli, romantyków, pewno i szaleńców. Nie ma na nią miejsca w skupionej na sondażowej teraźniejszości rzeczywistości politycznej krajów Europy Środkowowschodniej.
4
Przez pewien czas określałem siebie, jako politycznego realistę. To widzenia spraw politycznych tak jak to ujmowali Machiavelli i Carl Schmitt miało być najwłaściwsze. Jednak tak naprawdę w głębi ducha zawsze byłem romantykiem i to się też przekładało na politykę. Byłem na przykład zwolennikiem Imperium Europejskiego nie dlatego, że tak mi nakazywało realistyczne widzenie miejsca Europy (i Polski) na mapie międzynarodowej, ale dlatego, że porwał mnie romantyczny styl opowieści o Imperium jaki w „Stańczyku” zaprezentował Tomasz Gabiś. Z dwóch trumien (Dmowski i Piłsudski) wybrałem trumnę Marszałka dlatego, że legenda Legionów była bardziej romantyczna niż dzieje endecji. Jak to mawiałem: zawsze wolę rewolwerowców od buchalterów. Sam zaś Piłsudski ze swoją maksymą „romantyzm celów, realizm środków” wskazywał mi jak połączyć moje romantyczne inklinacje z nauką realizmu politycznego. „Książę” i „Pojęcie polityczności” będą nadal dla mnie ważnymi lekturami. Jednak to nie polityczny realizm będzie główną dominantą mojego widzenia spraw politycznych.
5
Po za tym realizm polityczny w Polsce uważam za mało twórczy. W pewnym uproszczeniu polega on na przekonaniu, że należy rozpoznać, który z naszych sąsiadów na linii Wschód-Zachód jest silniejszy i do niego należy się przyłączyć. Według mnie oznacza to, że Polacy nie przerobili lekcji II wojny światowej. Ta lekcja nie zostanie szybko zrozumiana. Niewolnicze dziedzictwo PRL-u, fałszywe przekonanie, że Polska jest częścią zachodniej Europy powodują tworzenie różnych mylnych światoobrazów. Można wykazywać, że tak naprawdę osią życia dla nas jest oś Północ-Południe, że tylko Międzymorze jest dla nas dobrym wyjściem, ale nic to jednak nie da. Nie przebije się to do zaczadzonych dmowszczyzną łbów prawiących o konecznych wyborach cywilizacyjno-politycznych. No cóż jak to odkryłem nie jestem polskim patriotą tylko patriotą Rzeczpospolitej, czyli Królestwa Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego (a z WXL mój ród się wywodzi). A to państwo jest bardziej niż wirtualne. Nikt się tak naprawdę do niego nie chce przyznać. A jak już sięga po jego tradycję to kala się ją jakimś narodowym szowinizmem. Więc skoro moje państwo nie istnieje, jako podmiot polityki międzynarodowej to mogę sobie pozwolić na geopolityczny romantyzm. Realistyczne teksty o tym, komu Polactwo ma lizać dupę by ten łaskawie zostawił Polactwu godło, flagę i język urzędowy zostawiam innym.
6
Nie ma państwa dla którego tajnej służby chciałbym tworzyć realistyczne analizy. Mogę jedynie o takim państwie marzyć. Mogę jedynie marzyć, że Najwyższy jednak się zlituje i podaruje Trzeciej Europie kolejnego Marszałka i jego Legion. I pobłogosławi ich walce by z ich krwi i trudu powstała Rzeczpospolita, która na świętym wzgórzu Wawel zgromadzi plemion wiele.
PS: Na zakończenie węgierskiej prezydencji w UE przybyła do Polski Narodowa Pielgrzymka Węgrów. Wśród pielgrzymów byli przedstawiciele węgierskich władz oraz węgierscy kapłani katoliccy nie tylko z samych Węgier, ale także z Siedmiogrodu i Ukrainy. Była to, więc poniekąd pielgrzymka z Krajów Korony Świętego Stefana. Celem głównym pielgrzymki była Jasna Góra. W klasztorze złożona wota od narodu węgierskiego. Przeor klasztoru podarował Madziarom kopie ikony Czarnej Madonny. Została ona zawieszona w bazylice świętego Stefana w Budapeszcie obok relikwii świętego króla.
(Wcale bym się nie obraził jakby Trzecią Europę skonsolidował Admirał albo Kende.)
Mam taką fantazję związaną z moim starym blogiem. W niej przedstawiciel jakowyś tajnych służb staje się czytelnikiem moich tekstów a potem mnie werbuje do swojej służby. A tam staję się jednym z lepszych analityków. To jest ta jedna z tych fantazji gdzie z większym realizmem odnoszę się do swoich fizycznych niedoskonałości, więc nie jestem tam kimś w rodzaju Jamesa Bonda lecz odpowiednikiem raczej Jacka Ryana. W związku jednak z moim tekstem „Geopolityka Matki Bożej” (można go przeczytać poniżej) czuję się zmuszony dokonać czegoś w rodzaju pożegnania z tą fantazją. Choć znając siebie i tak będę nadal o tym marzył.
2
Dwóch moich przyjaciół, których zdanie sobie wielce cenię, Studyta i Lester, odniosło się do wspomnianego powyżej tekstu. Ogólnie ich ocenę można streścić w następujący sposób: piękna romantyczna wizja nie za bardzo przystająca do realiów. Akurat wtedy kiedy wygłaszali swoje opinie byłem w nastroju bardzo pojednawczym, więc za bardzo nie oponowałem. Jednak im dłużej nad tym myślałem tym bardziej się utwierdzałem, że nie byłem, niestety, za bardzo szczery w tej swojej ugodowości. Moja nieszczerość nie wynikała z jakiegoś wyrachowania wobec moich Przyjaciół. Byłem, bowiem przede wszystkim nieszczery wobec samego siebie. Czas więc skończyć z tym i szczerze powiedzieć, co myślę w związku z tym tekstem.
3
Macie rację moi Przyjaciele. „Geopolityka Matki Bożej” to romantyczna wizja, która nie za bardzo przystaje do obecnych realiów. W jednym z ostatnich numerów „Gościa Niedzielnego” był artykuł, w którym były zamieszczone socjologiczne obserwacje na temat wiary Polaków. Można powiedzieć, że nie jest źle, ale jednak daje się zauważyć pewną tendencję spadkową. Sytuacja robi się zaś naprawdę tragiczna jeśli chodzi o powołania kapłańskie i zakonne. Dodajmy do tego obywatelskie wypalenie ludu nad Wisłą i skupienie się na konsumpcji połączone z zabobonną wiarą w to, że skoro jesteśmy w UE i NATO to historia się dla nas skończyła i nic złego nas już nie spotka. A to jest tylko podwórko polskie. W innych krajach Międzymorza jest podobnie. Ktoś, kto teraz na forum publicznym wystąpiłby z projektem Królestwa Marii byłby bardzo szybko zakwalifikowany, jako oszołom. Sam uznałbym tego człowieka za kogoś wielce nieroztropnego. Dziś taka koncepcja to domena marzycieli, romantyków, pewno i szaleńców. Nie ma na nią miejsca w skupionej na sondażowej teraźniejszości rzeczywistości politycznej krajów Europy Środkowowschodniej.
4
Przez pewien czas określałem siebie, jako politycznego realistę. To widzenia spraw politycznych tak jak to ujmowali Machiavelli i Carl Schmitt miało być najwłaściwsze. Jednak tak naprawdę w głębi ducha zawsze byłem romantykiem i to się też przekładało na politykę. Byłem na przykład zwolennikiem Imperium Europejskiego nie dlatego, że tak mi nakazywało realistyczne widzenie miejsca Europy (i Polski) na mapie międzynarodowej, ale dlatego, że porwał mnie romantyczny styl opowieści o Imperium jaki w „Stańczyku” zaprezentował Tomasz Gabiś. Z dwóch trumien (Dmowski i Piłsudski) wybrałem trumnę Marszałka dlatego, że legenda Legionów była bardziej romantyczna niż dzieje endecji. Jak to mawiałem: zawsze wolę rewolwerowców od buchalterów. Sam zaś Piłsudski ze swoją maksymą „romantyzm celów, realizm środków” wskazywał mi jak połączyć moje romantyczne inklinacje z nauką realizmu politycznego. „Książę” i „Pojęcie polityczności” będą nadal dla mnie ważnymi lekturami. Jednak to nie polityczny realizm będzie główną dominantą mojego widzenia spraw politycznych.
5
Po za tym realizm polityczny w Polsce uważam za mało twórczy. W pewnym uproszczeniu polega on na przekonaniu, że należy rozpoznać, który z naszych sąsiadów na linii Wschód-Zachód jest silniejszy i do niego należy się przyłączyć. Według mnie oznacza to, że Polacy nie przerobili lekcji II wojny światowej. Ta lekcja nie zostanie szybko zrozumiana. Niewolnicze dziedzictwo PRL-u, fałszywe przekonanie, że Polska jest częścią zachodniej Europy powodują tworzenie różnych mylnych światoobrazów. Można wykazywać, że tak naprawdę osią życia dla nas jest oś Północ-Południe, że tylko Międzymorze jest dla nas dobrym wyjściem, ale nic to jednak nie da. Nie przebije się to do zaczadzonych dmowszczyzną łbów prawiących o konecznych wyborach cywilizacyjno-politycznych. No cóż jak to odkryłem nie jestem polskim patriotą tylko patriotą Rzeczpospolitej, czyli Królestwa Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego (a z WXL mój ród się wywodzi). A to państwo jest bardziej niż wirtualne. Nikt się tak naprawdę do niego nie chce przyznać. A jak już sięga po jego tradycję to kala się ją jakimś narodowym szowinizmem. Więc skoro moje państwo nie istnieje, jako podmiot polityki międzynarodowej to mogę sobie pozwolić na geopolityczny romantyzm. Realistyczne teksty o tym, komu Polactwo ma lizać dupę by ten łaskawie zostawił Polactwu godło, flagę i język urzędowy zostawiam innym.
6
Nie ma państwa dla którego tajnej służby chciałbym tworzyć realistyczne analizy. Mogę jedynie o takim państwie marzyć. Mogę jedynie marzyć, że Najwyższy jednak się zlituje i podaruje Trzeciej Europie kolejnego Marszałka i jego Legion. I pobłogosławi ich walce by z ich krwi i trudu powstała Rzeczpospolita, która na świętym wzgórzu Wawel zgromadzi plemion wiele.
PS: Na zakończenie węgierskiej prezydencji w UE przybyła do Polski Narodowa Pielgrzymka Węgrów. Wśród pielgrzymów byli przedstawiciele węgierskich władz oraz węgierscy kapłani katoliccy nie tylko z samych Węgier, ale także z Siedmiogrodu i Ukrainy. Była to, więc poniekąd pielgrzymka z Krajów Korony Świętego Stefana. Celem głównym pielgrzymki była Jasna Góra. W klasztorze złożona wota od narodu węgierskiego. Przeor klasztoru podarował Madziarom kopie ikony Czarnej Madonny. Została ona zawieszona w bazylice świętego Stefana w Budapeszcie obok relikwii świętego króla.
(Wcale bym się nie obraził jakby Trzecią Europę skonsolidował Admirał albo Kende.)
czwartek, 16 czerwca 2011
Geopolityka Matki Bożej
„Bycie postmodernistą może dziś bowiem także oznaczać sięganie do mitycznej historii Europy i wskrzeszanie jej dawno zapomnianego dziedzictwa.”
Tomislav Sunic
I
Od dłuższego czasu jestem święcie przekonany, że odpowiednią geopolityczną odpowiedzią na wyzwania obecnego czasu jaką musi udzielić Polska jest idea Międzymorza. Region środkowoeuropejski jest zbyt mały na te wszystkie wielkie projekty nacjonalistyczne, a z kolei idee narodowe są chętnie wykorzystywane do rozgrywanie nacji międzymorskich przez potęgi zewnętrzne. Szeroki sojusz od Bałkanów (i Turcji) aż po Skandynawię może stać się znaczącym graczem nie tylko na arenie europejskiej. Ośrodkiem krystalizującym taki sojusz może się stać (choć nie musi) Rzeczpospolita. Konkretnie nie tylko Polska, ale także i te ziemie, które kiedyś wchodziły w skład Rzplitej. Mój przyjaciel Studyta stwierdził, że tym, co nas zbliża do I Rzeczpospolitej jest stan naszych dróg. Zastanowiłem się czy jest jednak jakiś inny element łączący nas z tamtym państwem niż infrastruktura drogowa? I owszem takowy znalazłem.
II
1 kwietnia 1656 w czasie mszy w katedrze lwowskiej król Jan Kazimierz Waza dokonał aktu jaki my znamy jako śluby lwowskie. Tekst owych ślubów daję poniżej.
Wielka człowieczeństwa Boskiego Matko i Panno!
Ja, Jan Kazimierz, Twego Syna, Króla królów i Pana mojego, i Twoim zmiłowaniem się król, do Twych Najświętszych stóp przychodząc, tę oto konfederacyję czynię: Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram. Mnie, Królestwo moje Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernihowskie, wojsko obojga narodów i pospólstwo wszystko Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciwko nieprzyjaciołom pokornie żebrzę...
A że wielkimi Twymi dobrodziejstwy zniewolony przymuszony jestem z narodem polskim do nowego i gorącego Tobie służenia obowiązku, obiecuję Tobie, moim, ministrów, senatorów, szlachty i pospólstwa imieniem, Synowi Twemu Jezusowi Chrystusowi, Zbawicielowi naszemu, cześć i chwałę przez wszystkie krainy Królestwa Polskiego rozszerzać, czynić wolą, że gdy za zlitowaniem Syna Twego otrzymam wiktoryę nad Szwedem, będę się starał, aby rocznica w państwie mym odprawiała się solennie do skończenia świata rozpamiętywaniem łaski Boskiej i Twojej, Panno Przeczysta!
A że z wielkim żalem serca mego uznaję, dla jęczenia w presji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego, od Boga mego sprawiedliwą karę przez siedem lat w królestwie moim różnymi plagami trapiąca nad wszystkich ponoszę, obowiązuje się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa, w czym, Matko Miłosierdzia, Królowo i Pani moja, jakoś mnie natchnęła do uczynienia tego wotum, abyś łaską miłosierdzia u Syna Twego uprosiła mi pomoc do wypełniania tego, co obiecuję.
(Taka mała dygresja dla wyznawców idei narodowej: Ciekawe1, że król w ślubach wymienia Mazowsze jako oddzielny podmiot a nie część Polski.)
Że tak powiem, z punktu widzenia teologiczno-politycznego po 1 kwietnia Anno Domini 1656 każden włodarz na wymienionych ziemiach jest albo administratorem z ramienia Najświętszej Marii Panny albo uzurpatorem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że na planie metafizycznym I Rzeczpospolita trwa nadal mocą swojej Królowej.
III
Oczywiście trwanie czy nie trwanie na planie metafizycznym I RP jest dla większości obywateli jej ziem sprawą najzupełniej obojętną. Po przetoczeniu się po tym regionie dwóch wielkich walców sekularyzacyjnych (komunizmu i liberalizmu) stosunek do religii nie jest może tak obojętny jak na Zachodzi, ale zawiera w sobie sporo ambiwalencji. Można znaleźć liczne przykłady na to, że z jednej strony religia staje się sprawą dla ludności obojętną a co najmniej prywatną zaś z drugiej, że religia jest nadal obecna w życiu publicznym. Tyle, że i kwestie religijne są skażone myśleniem nacjonalistycznym a poszczególne narody nie mają za bardzo chęci wychylać się po za obolałe wersje swojej własnej historii. Tak, więc obecnie w Środkowowschodniej Europie panuje bardzo pokręcony collage poglądów na temat religii i jej wpływu na politykę. Idea Najświętszej Marii Panny jako Królowej Rzeczpospolitej (a nie tylko Polski) mogłaby zostać potraktowana jako oszołomstwo. Zwłaszcza, że kryzys gospodarczy u bram. Jednak taki fakt istnieje.
IV
Co zatem można uczynić z tym faktem? Według mnie musi on nabrać pewnego poloru postmodernistycznego. Ale takiego, jaki przywołuje cytat autorstwa Tomislava Sunica z początku tego tekstu. Nie może stać się domeną oficjalnych środowisk kościelnych a zwłaszcza kleru rzymskokatolickiego. Ponieważ przerobią tą ideę na jakieś chromolenie o „cywilizacji miłości” czy też inne humanistyczne miękkie gadki. Nie może też paść łupem jakowyś środowisk skrajnie dewocyjnych by nie stał się „folklorem” jak sprawa Intronizacji. Powinna to być sprawa ekumeniczna (w znaczeniu dialogu wewnątrz chrześcijańskiego), ponadnarodowa (łącząca narody Rzeczpospolitej a potem Międzymorza). Wykraczająca także po za granice konfesji chrześcijańskiej i poprzez figurę Maryi odwołująca się do strefy archetypów (Doskonały Człowiek, Macierz, Wielka Bogini). Tak by ludzie różnych tradycji mogli choć częściowo uczestniczyć w tej idei. Można by też do realiów Międzymorza przystosować ogólnoeuropejskie koncepcje niektórych myślicieli. Takich jak Jean Parvulesco (NMP jako Królowa Imperium Końca Czasów; warto wiedzieć, że ów myśliciel odwoływał się w swoich rozważaniach do przepowiedni świętego Maksymiliana Marii Kolbego) czy Gerd-Klaus Kaltenbrunner (gibelińsko-imperialna mistyka świętego Graala jako składnik katolickiego kultu maryjnego).
V
Najjaśniejsza Rzeczpospolita jako Królestwo Niebieskie rządzone przez Najświętszą Marię Pannę, to dziś albo liść na wietrze miotany to tu to tam albo ziarno spoczywające w ciemnej ziemi i czekające na swój wzrost. Jest i go nie ma. Obecnie nie ma żadnej wartości politycznej. Ale już „jutro” Jej polne kapliczki mogą być nową figurą imperialną.
Różo Duchowna módl się za nami.
Tomislav Sunic
I
Od dłuższego czasu jestem święcie przekonany, że odpowiednią geopolityczną odpowiedzią na wyzwania obecnego czasu jaką musi udzielić Polska jest idea Międzymorza. Region środkowoeuropejski jest zbyt mały na te wszystkie wielkie projekty nacjonalistyczne, a z kolei idee narodowe są chętnie wykorzystywane do rozgrywanie nacji międzymorskich przez potęgi zewnętrzne. Szeroki sojusz od Bałkanów (i Turcji) aż po Skandynawię może stać się znaczącym graczem nie tylko na arenie europejskiej. Ośrodkiem krystalizującym taki sojusz może się stać (choć nie musi) Rzeczpospolita. Konkretnie nie tylko Polska, ale także i te ziemie, które kiedyś wchodziły w skład Rzplitej. Mój przyjaciel Studyta stwierdził, że tym, co nas zbliża do I Rzeczpospolitej jest stan naszych dróg. Zastanowiłem się czy jest jednak jakiś inny element łączący nas z tamtym państwem niż infrastruktura drogowa? I owszem takowy znalazłem.
II
1 kwietnia 1656 w czasie mszy w katedrze lwowskiej król Jan Kazimierz Waza dokonał aktu jaki my znamy jako śluby lwowskie. Tekst owych ślubów daję poniżej.
Wielka człowieczeństwa Boskiego Matko i Panno!
Ja, Jan Kazimierz, Twego Syna, Króla królów i Pana mojego, i Twoim zmiłowaniem się król, do Twych Najświętszych stóp przychodząc, tę oto konfederacyję czynię: Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram. Mnie, Królestwo moje Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernihowskie, wojsko obojga narodów i pospólstwo wszystko Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciwko nieprzyjaciołom pokornie żebrzę...
A że wielkimi Twymi dobrodziejstwy zniewolony przymuszony jestem z narodem polskim do nowego i gorącego Tobie służenia obowiązku, obiecuję Tobie, moim, ministrów, senatorów, szlachty i pospólstwa imieniem, Synowi Twemu Jezusowi Chrystusowi, Zbawicielowi naszemu, cześć i chwałę przez wszystkie krainy Królestwa Polskiego rozszerzać, czynić wolą, że gdy za zlitowaniem Syna Twego otrzymam wiktoryę nad Szwedem, będę się starał, aby rocznica w państwie mym odprawiała się solennie do skończenia świata rozpamiętywaniem łaski Boskiej i Twojej, Panno Przeczysta!
A że z wielkim żalem serca mego uznaję, dla jęczenia w presji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego, od Boga mego sprawiedliwą karę przez siedem lat w królestwie moim różnymi plagami trapiąca nad wszystkich ponoszę, obowiązuje się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa, w czym, Matko Miłosierdzia, Królowo i Pani moja, jakoś mnie natchnęła do uczynienia tego wotum, abyś łaską miłosierdzia u Syna Twego uprosiła mi pomoc do wypełniania tego, co obiecuję.
(Taka mała dygresja dla wyznawców idei narodowej: Ciekawe1, że król w ślubach wymienia Mazowsze jako oddzielny podmiot a nie część Polski.)
Że tak powiem, z punktu widzenia teologiczno-politycznego po 1 kwietnia Anno Domini 1656 każden włodarz na wymienionych ziemiach jest albo administratorem z ramienia Najświętszej Marii Panny albo uzurpatorem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że na planie metafizycznym I Rzeczpospolita trwa nadal mocą swojej Królowej.
III
Oczywiście trwanie czy nie trwanie na planie metafizycznym I RP jest dla większości obywateli jej ziem sprawą najzupełniej obojętną. Po przetoczeniu się po tym regionie dwóch wielkich walców sekularyzacyjnych (komunizmu i liberalizmu) stosunek do religii nie jest może tak obojętny jak na Zachodzi, ale zawiera w sobie sporo ambiwalencji. Można znaleźć liczne przykłady na to, że z jednej strony religia staje się sprawą dla ludności obojętną a co najmniej prywatną zaś z drugiej, że religia jest nadal obecna w życiu publicznym. Tyle, że i kwestie religijne są skażone myśleniem nacjonalistycznym a poszczególne narody nie mają za bardzo chęci wychylać się po za obolałe wersje swojej własnej historii. Tak, więc obecnie w Środkowowschodniej Europie panuje bardzo pokręcony collage poglądów na temat religii i jej wpływu na politykę. Idea Najświętszej Marii Panny jako Królowej Rzeczpospolitej (a nie tylko Polski) mogłaby zostać potraktowana jako oszołomstwo. Zwłaszcza, że kryzys gospodarczy u bram. Jednak taki fakt istnieje.
IV
Co zatem można uczynić z tym faktem? Według mnie musi on nabrać pewnego poloru postmodernistycznego. Ale takiego, jaki przywołuje cytat autorstwa Tomislava Sunica z początku tego tekstu. Nie może stać się domeną oficjalnych środowisk kościelnych a zwłaszcza kleru rzymskokatolickiego. Ponieważ przerobią tą ideę na jakieś chromolenie o „cywilizacji miłości” czy też inne humanistyczne miękkie gadki. Nie może też paść łupem jakowyś środowisk skrajnie dewocyjnych by nie stał się „folklorem” jak sprawa Intronizacji. Powinna to być sprawa ekumeniczna (w znaczeniu dialogu wewnątrz chrześcijańskiego), ponadnarodowa (łącząca narody Rzeczpospolitej a potem Międzymorza). Wykraczająca także po za granice konfesji chrześcijańskiej i poprzez figurę Maryi odwołująca się do strefy archetypów (Doskonały Człowiek, Macierz, Wielka Bogini). Tak by ludzie różnych tradycji mogli choć częściowo uczestniczyć w tej idei. Można by też do realiów Międzymorza przystosować ogólnoeuropejskie koncepcje niektórych myślicieli. Takich jak Jean Parvulesco (NMP jako Królowa Imperium Końca Czasów; warto wiedzieć, że ów myśliciel odwoływał się w swoich rozważaniach do przepowiedni świętego Maksymiliana Marii Kolbego) czy Gerd-Klaus Kaltenbrunner (gibelińsko-imperialna mistyka świętego Graala jako składnik katolickiego kultu maryjnego).
V
Najjaśniejsza Rzeczpospolita jako Królestwo Niebieskie rządzone przez Najświętszą Marię Pannę, to dziś albo liść na wietrze miotany to tu to tam albo ziarno spoczywające w ciemnej ziemi i czekające na swój wzrost. Jest i go nie ma. Obecnie nie ma żadnej wartości politycznej. Ale już „jutro” Jej polne kapliczki mogą być nową figurą imperialną.
Różo Duchowna módl się za nami.
Etykiety:
cywilizacja,
dom,
droga,
geopolityka,
Graal,
historia,
Imperium,
kobieta,
metafizyka,
Międzymorze,
mity,
monarchia,
Rzeczpospolita,
serce,
stary blog,
teologia
wtorek, 1 marca 2011
środa, 29 września 2010
Przemyślenia w miesiącu wrzosów
I
Zastanawiające jest jak wiele w obecnej modzie widać wpływów militarnych. I nie chodzi mi o takie oczywiste rzeczy jak używanie wojskowych sortów mundurowych czy też stylizacje na takowe. Jak się bacznie przyglądnie niektórym niewyglądającym, na pierwszy rzut oka, militarnie czapkom czy spodniom to jednak dojrzy się ewidentne zapożyczenia ze strefy Aresa. Jest to niezwykle ciekawe w zestawieniu z obowiązującym pacyfistycznym duchem obecnego okresu.
II
Przeglądałem ostatnio kalendarz wydany przez pewną firmę dla nauczycieli. Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Otóż okazało się, że różne dni w ciągu roku są dniami różnych rzeczy lub zawodów. Mamy więc Dzień Stawów i Oczek Wodnych, jak i Dzień Nauczyciela, Dzień Komiksu i Dzień Informatyka. Wyliczankę można tak ciągnąć długo. Im więcej poznawałem nowych świeckich „świąt” tym bardziej dochodziło do mnie, że mamy tu wyraźną analogię do Roku Liturgicznego. Kiedyś rytm roku obok okresów klimatycznych wyznaczały także kościelne święta. Była to Wielka Historia Zbawienia, której głównymi punktami były najważniejsze wydarzenia związane z osobą Jezusa. A swoistymi przypisami do owej Opowieści były dni poświęcone świętym. Każdy z nich zaś był patronem jakiegoś elementu rzeczywistości. Na przykład święta Cecylia opiekowała się muzyką, święty Błażej chorymi na gardło, a święty Michał Archanioł żołnierzami. Dziś świętych zamieciono w kąt naszej rzeczywistości, ale pragnienie wyróżniania pewnych dni pozostało. Jak by to ujął de Bonald „tak głęboka i naturalna jest idea ładu”.
III
Jednym z podstawowych błędów Władysława II było nie zrównanie w prawach z bojarami katolickimi bojarów prawosławnych. Można by i wybaczyć mu ten błąd doprowadził on bowiem do wojny domowej w Wielkim Księstwie, która wzmocniła tendencje zjednoczeniowe z Koroną Polską. Można ten błąd także zrozumieć. Wszak w tamtych czasach identyfikacje religijne były mocniejsze niż dziś. Jednak moim zdaniem był to bardzo poważny błąd. Dał naszym wschodnim sąsiadom możliwość i pretekst mącenia na terytorium Rzeczpospolitej. Zrównanie zaś szlachty prawosławnej z katolicką mogłoby zaś pozwolić Jagiellonom i ich następcom na przyciągnięcie do naszego państwa Nowogrodu Wielkiego oraz innych terytoriów ruskich. Puszczając zaś zupełnie wodze fantazji, to można by rzecz, że dobrze wypracowana tolerancja religijna mogłaby się na bardziej przydać. Moglibyśmy wykorzystać husytów przeciw Habsburgom. Następnie lepiej przygotować krucjatę Władysława III. Gdyby zaś Warna była zwycięstwem a nie klęską, to można by się pokusić o jakieś koligacje z warstwą rządzącą w Konstantynopolu. Tytuł basileusa byłby w zasięgu ręki. Mając po swojej stronie i ortodoksów i husytów można by pograć inaczej z Rzymem i Habsburgami oraz Moskwicinami. Takie to są moje niespełnione marzenia o dwugłowym białym orle.
IV
Czytając teksty Jacoba Taubesa na temat upadku średniowiecznej wizji świata odkryłem w sobie dość duże pokłady średniowiecznej osobowości. Jestem po części wyobcowanym z Kosmosu człowiekiem współczesnym, ale równocześnie dostrzegam Boski Ład w świecie przyrody. Taubes ma rację, że przejście od kosmologii ptolemejskiej do kopernikańskiej zniszczyło zasadę analogii fundamentalną dla teologii (politycznej) Średniowiecza. Jednak nie do końca moim zdaniem wyjaśnia przyczyny załamania się owej zasady. Przy znacznym ładunku symboliki solarnej w chrześcijaństwie związek pomiędzy nowożytną kosmologią a teologią mógł zostać utrzymany. Czemu się tak nie stało? Myślę, że Davila (i jego scholia na temat arystotelizmu/tomizmu) przynoszą odpowiedź na ten temat.
V
Ostatnio mogłem zaobserwować (duże) zainteresowanie geopolityką i (mniejsze) teologią (polityczną). Tęsknota za Kosmosem? Za wszystko porządkującym Logosem?
VI
Fraza „inny świat” kojarzy się z książką Gustawa Herlinga-Grudzińskiego na temat łagrów. Ja używam jej w innym kontekście. To coś, co jest we mnie, ale także bardzo po za mną. To przede wszystkim tęsknota. Odzywa się we mnie gdy widzę ślady innego świata. Smugi kondensacyjne samolotów, przystań jachtowa nad jeziorem Dąbie, wojskowe pojazdy przejeżdżające obok mnie, fotografia miecza…
Zastanawiające jest jak wiele w obecnej modzie widać wpływów militarnych. I nie chodzi mi o takie oczywiste rzeczy jak używanie wojskowych sortów mundurowych czy też stylizacje na takowe. Jak się bacznie przyglądnie niektórym niewyglądającym, na pierwszy rzut oka, militarnie czapkom czy spodniom to jednak dojrzy się ewidentne zapożyczenia ze strefy Aresa. Jest to niezwykle ciekawe w zestawieniu z obowiązującym pacyfistycznym duchem obecnego okresu.
II
Przeglądałem ostatnio kalendarz wydany przez pewną firmę dla nauczycieli. Zaciekawiła mnie jedna rzecz. Otóż okazało się, że różne dni w ciągu roku są dniami różnych rzeczy lub zawodów. Mamy więc Dzień Stawów i Oczek Wodnych, jak i Dzień Nauczyciela, Dzień Komiksu i Dzień Informatyka. Wyliczankę można tak ciągnąć długo. Im więcej poznawałem nowych świeckich „świąt” tym bardziej dochodziło do mnie, że mamy tu wyraźną analogię do Roku Liturgicznego. Kiedyś rytm roku obok okresów klimatycznych wyznaczały także kościelne święta. Była to Wielka Historia Zbawienia, której głównymi punktami były najważniejsze wydarzenia związane z osobą Jezusa. A swoistymi przypisami do owej Opowieści były dni poświęcone świętym. Każdy z nich zaś był patronem jakiegoś elementu rzeczywistości. Na przykład święta Cecylia opiekowała się muzyką, święty Błażej chorymi na gardło, a święty Michał Archanioł żołnierzami. Dziś świętych zamieciono w kąt naszej rzeczywistości, ale pragnienie wyróżniania pewnych dni pozostało. Jak by to ujął de Bonald „tak głęboka i naturalna jest idea ładu”.
III
Jednym z podstawowych błędów Władysława II było nie zrównanie w prawach z bojarami katolickimi bojarów prawosławnych. Można by i wybaczyć mu ten błąd doprowadził on bowiem do wojny domowej w Wielkim Księstwie, która wzmocniła tendencje zjednoczeniowe z Koroną Polską. Można ten błąd także zrozumieć. Wszak w tamtych czasach identyfikacje religijne były mocniejsze niż dziś. Jednak moim zdaniem był to bardzo poważny błąd. Dał naszym wschodnim sąsiadom możliwość i pretekst mącenia na terytorium Rzeczpospolitej. Zrównanie zaś szlachty prawosławnej z katolicką mogłoby zaś pozwolić Jagiellonom i ich następcom na przyciągnięcie do naszego państwa Nowogrodu Wielkiego oraz innych terytoriów ruskich. Puszczając zaś zupełnie wodze fantazji, to można by rzecz, że dobrze wypracowana tolerancja religijna mogłaby się na bardziej przydać. Moglibyśmy wykorzystać husytów przeciw Habsburgom. Następnie lepiej przygotować krucjatę Władysława III. Gdyby zaś Warna była zwycięstwem a nie klęską, to można by się pokusić o jakieś koligacje z warstwą rządzącą w Konstantynopolu. Tytuł basileusa byłby w zasięgu ręki. Mając po swojej stronie i ortodoksów i husytów można by pograć inaczej z Rzymem i Habsburgami oraz Moskwicinami. Takie to są moje niespełnione marzenia o dwugłowym białym orle.
IV
Czytając teksty Jacoba Taubesa na temat upadku średniowiecznej wizji świata odkryłem w sobie dość duże pokłady średniowiecznej osobowości. Jestem po części wyobcowanym z Kosmosu człowiekiem współczesnym, ale równocześnie dostrzegam Boski Ład w świecie przyrody. Taubes ma rację, że przejście od kosmologii ptolemejskiej do kopernikańskiej zniszczyło zasadę analogii fundamentalną dla teologii (politycznej) Średniowiecza. Jednak nie do końca moim zdaniem wyjaśnia przyczyny załamania się owej zasady. Przy znacznym ładunku symboliki solarnej w chrześcijaństwie związek pomiędzy nowożytną kosmologią a teologią mógł zostać utrzymany. Czemu się tak nie stało? Myślę, że Davila (i jego scholia na temat arystotelizmu/tomizmu) przynoszą odpowiedź na ten temat.
V
Ostatnio mogłem zaobserwować (duże) zainteresowanie geopolityką i (mniejsze) teologią (polityczną). Tęsknota za Kosmosem? Za wszystko porządkującym Logosem?
VI
Fraza „inny świat” kojarzy się z książką Gustawa Herlinga-Grudzińskiego na temat łagrów. Ja używam jej w innym kontekście. To coś, co jest we mnie, ale także bardzo po za mną. To przede wszystkim tęsknota. Odzywa się we mnie gdy widzę ślady innego świata. Smugi kondensacyjne samolotów, przystań jachtowa nad jeziorem Dąbie, wojskowe pojazdy przejeżdżające obok mnie, fotografia miecza…
czwartek, 29 lipca 2010
Powrót do jałtańskiej stabilizacji (fragmenty geopolityczne)
Ten tekst ukazał się wcześniej na moim starym blogu.
I
Polska –bękart konferencji jałtańskiej.
II
Ostatnimi czasy dość powszechne stało się ogłaszanie klęski idei jagiellońskiej, czy też koncepcji piłsudczykowskiej lub giedroyciowskiej polityki wschodniej. I nie chodzi tu tylko, że po katastrofie z 10 kwietnia bieżącego roku obóz polityczny, który forsował taką (geo)politykę poniósł bolesną stratę. Jest wiele innych przesłanek, które każą realistycznie powiedzieć, że nasza wschodnia polityka okazała się fiaskiem. Tyle, że rzecz nie tyczy się tylko kierunku wschodniego. Naszą politykę zachodnią też prawdę mówiąc trudno uznać za jakiś wielki sukces. Stajemy tutaj bowiem wobec zagadnienia sensu geopolitycznego istnienia państwa polskiego. Moim skromnym zdaniem mamy następujący wybór: albo Międzymorze, albo PRL. Przy czym nazwy te należy traktować bardziej symbolicznie niż dosłownie.
III
Polacy mogą się pochwalić kilkoma niezłymi geopolitykami. Ostatnio dość mocno w Polsce propaguje tę dziedzinę wiedzy Instytut Geopolityczny. Jednak trafnie zauważa J.M.Rokita, że my jeszcze jesteśmy na etapie odzyskiwania geopolitycznego języka na swoje potrzeby. Przykładem, że mamy z tym problem jest pytanie jakie zadał sobie Władimir Putin. Zapytał on siebie jaka była największa geopolityczna klęska Rosji w XX wieku? Udzielił on także odpowiedzi. Według niego tą klęską był rozpad ZSRR. Nad Wisłą jest to zwykle interpretowane, jako przejaw totalitarnych sentymentów tego (byłego) czekisty. Ja zaś nie jestem tego taki pewien. To pytanie ma charakter geopolityczny a nie ideologiczny, czy zawężając nacjonalistyczny. W takim kontekście kwestie rusyfikacji, eksterminacji elit narodowych czy narzucania ideologii komunistycznej mogą zostać ocenione negatywnie. Warto pod takim kątem spojrzeć na obecną strategię Kremla. Ważne jest także żeby Polacy zadali sobie pytanie o swoją największą klęskę geopolityczną. Jeśli zakres pytania tyczyć się będzie tylko XX wieku, to oczywiście odpowiedź jest łatwa- II wojna światowa. Ale to, co się stało wtedy tak naprawdę jest echem innej katastrofy. Tą katastrofą było utracenie przez Rzeczpospolitą w XVIII wieku suwerenności co zaowocowało zaborami.
IV
Z tych zaborów wynika jedna ważna sprawa. Rzecz, o której wolimy nie myśleć dla swojego własnego samopoczucia. Kiedy w XVIII wieku staliśmy się przedmiotem polityki zagranicznej zaczęły się na Starym Kontynencie bardzo ważne zmiany. Aż do XX wieku nie uczestniczyliśmy jako państwo w tych wszystkich procesach. Na naturalne podziały polityczne nałożyły się jeszcze podziały państwowe. To jeszcze bardziej komplikowało i osłabiało nasze położenie. Dostaliśmy, co prawda potem dwadzieścia lat wolności, lecz skończyło się to wszystko Peerelem. Czterdzieści lat z okładem mieliśmy protezę państwa, a wszyscy poważni gracze międzynarodowi wiedzieli, że wszystkie najważniejsze decyzje w Polsce muszą mieć „błogosławieństwo” Moskwy. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Zachód, który tak adorujemy jest przyzwyczajony, że za Polaków mówi ktoś inny. Jest przyzwyczajony, że odpowiednią dla Polaków formą państwowości jest PRL.
V
Polska Rzeczpospolita Ludowa- to bardzo symboliczna nazwa. Pierwszy i ostatni człon wskazują na monoetniczny charakter państwa, zaś środkowy ma wywoływać złudne poczucie ciągłości historycznej. Wbrew pewnej oczywistości PRL nie został wymyślony w XX wieku. Za twórcę tej koncepcji uznawałem przez pewien czas cara Aleksandra I, ale po głębokim namyśle postanowiłem oddać ten tytuł w ręce innego cesarza. Konkretnie zaś w ręce Napoleona I. Czynię tak pomimo tego, że większym sentymentem darzę Księstwo Warszawskie niż Kongresówkę. Jednak trzeba przyznać, że Rosjanie po prostu twórczo wykorzystali to, co wymyślili Francuzi. PRL jak napisałem powyżej państwo ograniczone etnicznie co się przekłada także na kwestię granic. Jego zadaniem jest dostarczanie „spartiatów-helotów”, albo tylko helotów, aktualnemu suwerenowi geopolitycznemu. PRL jest także doskonałą geopolityczną bazą wypadową w marszu na Wschód lub na Zachód. Kierunek także zależy od aktualnego suwerena.
VI
Międzymorze to geopolityczna koncepcja zakładająca sojusz państw/narodów zamieszkujących terytorium Europy Środkowo-Wschodniej, obszar pomiędzy Morzem Adriatyckim, Bałtykiem i Morzem Czarnym (Morza ABC). Naturalnym twardym jądrem takiego związku jest Rzeczpospolita- unia w skład której wchodzi Korona Polska, Wielkie Księstwo Litewskie i Ruś. Kazimierzowi Jagiellończykowi i jego rodzinie udało się zdominować obszar ABC. Niestety Jagiellonowie przegrali z Habsburgami. Sytuacja mogłaby się też zmienić na naszą korzyść gdyby Zygmunt Waza wygrał wojnę o sukcesję szwedzką. Związek Rzeczpospolitej ze Skandynawią mógłby mieć odpowiedni potencjał do dalszej ekspansji na terenie Międzymorza. Międzymorską politykę usiłowała prowadzić II Rzeczpospolita i dlatego została ukarana w 1939 roku.
VII
Na obszarze ABC zewnętrzne potęgi będą wspierały dwa nurtu ideologiczne. Pierwszy to kosmopolityzm. Wyrwanie ludzi z ich naturalnych więzów pozwala łatwiej nimi manipulować. Utożsamienie dbania o swoją wspólnotę z ksenofobią pozwala narzucać rozwiązania służące zewnętrznym potęgom. Drugi nurt to nacjonalizm. Wszelkie koncepty Wielkiej Polski/Litwy/Serbii… itd.,itp tylko pomagają szczuć jedne narody przeciw drugim. Prosty rzut oka na mapę pokazuje, że Europa Środkowowschodnia jest za mała na te wszystkie wielkie nacjonalistyczne państwa. „Bałkanizacja” tego regionu daje jednak możliwość przesuwania wschodnich państewek jak pionów na szachownicy. Poparciem mogą się też cieszyć te organizacje narodowe, które mają pewien potencjał uniwersalistyczny. Wschód będzie wspierał tych, którzy postulują zjednoczenie Słowian czy też szerzej ludów wschodnich przeciw Zachodowi. Zaś Zachód te grupy, które w imię obrony cywilizacji łacińskiej nawołują do krucjaty przeciw Wschodowi.
VIII
Obecne przesilenie geopolityczne zapewne spowoduje utratę przez Polskę jej problematycznej suwerenności. III RP była hybrydowym państwem usiłującym połączyć w jednym byciem Peerelem i Rzeczpospolitą. Coś jednak musi przeważyć. Na dzień dzisiejszy będzie to właśnie PRL. Nie widzę za bardzo w Polsce siły, która mogłaby się przeciwstawić tej tendencji. Większość elit solidarnościowych rządzenie suwerennym państwem po prostu przerosło. Większość z nich oczekiwała po upadku komunizmu nadejścia królestwa szczęśliwości. Tak się jednak nie stało. Zapewne, więc tak jak weterani wojen napoleońskich uznali, że Kongresówka to szczyt naszych możliwości i pokornie przyjmą swoją rolę administratorów z cudzego nadania. Zwłaszcza, że na osłodę będą mieli protezę bycie jednak na swoim. Co do elit postkomunistycznych, to środowisko jest bardzo mocno mentalnie związane z wizją Polski w obecnych granicach geograficznych. Widać też było w ostatnich latach, że z braku Moskwy chętnie zrzucali oni swoje uprawnienia a to na Brukselę, a to na Waszyngton. Co do Kościoła Rzymskokatolickiego to ta szacowna instytucja ewidentnie zagubiła się w obecnej rzeczywistości. Wygodna sytuacja z czasów komunistycznych gdzie każdy przejaw jakiejkolwiek krytyki był zamykany stwierdzeniami, że jest to woda na młyn reżymu został zastąpiony wielce kłopotliwymi sprawami, gdzie ostra krytyka jest formułowana także przez osoby bynajmniej nie wrogie chrześcijaństwu. Ewidentnie trudniej jest zamieść pod dywan różne głupstwa i draństwa popełniane przez „funkcjonariuszy Pana Boga”. Obietnica medialnego parasola nad Kościołem tudzież zapewnienie o poszanowaniu materialnego interesu tej instytucji mogłaby podziałać stymulująco na hierarchię. Równocześnie pewne środowiska kościelne z ulgą przyjęłyby wyrazistszy powrót starego układu „my-oni”. Sytuacja katolicyzmu w Polsce jest o tyle też specyficzna, że jest on częścią międzynarodowej organizacji. Kościół Rzymskokatolicki jest teraz w konflikcie z agresywnym laicyzmem, który chce go zepchnąć na margines życia społecznego. W tym konflikcie dla Rzymu korzystny byłby sojusz z Rosyjską Cerkwią Prawosławną. To zaś też może mieć wpływ na sytuację polityczną RP.
IX
Utrata suwerenności niekoniecznie się musi wiązać z utratę terytorium. Choć Polska musi się liczyć z korektą polsko-niemieckiej granicy morskiej, co niekorzystnie odbije się na naszych interesach ekonomicznych. Może nam natomiast grozić zupełnie inny rozbiór. Podzielą nas po funkcjach. Hipotetycznie mogłoby to wyglądać następująco: Mamy państwo W. Mocarstwo A, które jest żywotnie zainteresowane w utrzymaniu swojej dominacji na morzach i w pasie Rimlandu zgłosiłoby, że jest zainteresowane użyciem sił zbrojnych W. Dotyczyłoby to także wojskowych służb specjalnych, które mogłyby być używane w akcjach w Rimlandzie, ale przede wszystkim pilnowałyby interesów A w swoim kraju. Państwa B i D, które bezpośrednio sąsiadują z W, przejęłyby przede wszystkim kontrolę nad sferą ekonomiczną. Także dlatego by rządy W jakimiś „nieodpowiedzialnymi” inicjatywami nie psuły wspólnych przedsięwzięć tych państw. Cywilne służby specjalne byłby pod kontrolę B i D. Dużą rolę miałaby do odegrania instytucja ustawowo przeznaczona do zwalczania korupcji jako służba bezpośrednio ochraniająca sferę ekonomiczną. Inne służby zajęłyby się ochroną antyterrorystyczną oraz inwigilowaniem ruchów opozycyjnych. Taki scenariusz niesie pewien potencjał optymizmu. Podział generuje także pole konfliktu pomiędzy zaborcami. Może to zostać wykorzystane przez państwowotwórcze elity W. O ile to państwo będzie miało takie elity.
X
Mieszkam Nigdzie. Nie, nie pomyliłem się. Nie chciałem napisać, że nigdzie nie mieszkam. Mieszkam Nigdzie. Jestem obywatelem kraju, który traci swoją tożsamość. Większość naszych uroczystości narodowych odbywa się przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Pochowany jest tam młody człowiek, który poległ w obronie Lwowa. Gdzie jest teraz to miasto? Dla nas ono leży tak jakby w innej galaktyce. I śmiem twierdzić, że dla mieszkających tam teraz Ukraińców to ten Lwów też leży w innym rejonie kosmosu. Moje rodzinne strony są podwójne. Pierwsze, które znam tylko z fotografii, książek i filmów. Nigdy tam nie byłem. Historię tego kraju, WXL fałszują, świadomie i nieświadomie, pospołu Polacy, Litwini i Białorusini. Należę do każdej tej nacji i do żadnej z nich. I jeszcze jestem z tych azjatyckich jeźdźców, którzy przybyli z Kaukazu i stepów by oddać swoje szable na usługi Orła i Pogoni. Te drugie leżą na terenie państwa, o którym nikt nie chce pamiętać, a szczególnie Polacy i Niemcy, bo jego istnienie psuje im narrację o „odwieczności niemieckiej/polskiej” (niepotrzebne skreślić) Pomorza Zachodniego. Może w Szczecinie, albo Koszalinie są jacyś historycy, co uczą uczniów historii Księstwa Pomorskiego. Ja się z takimi nie spotkałem. Widma, otaczają mnie widma. Dlatego chyba w Warszawie bardzo dobrze się czułem na Powązkach. Tam mogłem poczuć tę dawną Polskę. Łacińską i azjatycką zarazem. Ale i też nie wiem czy gdybym się zjawił pośród panów braci, petyhorców i kresowych kniaziów ci nie odrzuciliby mnie jako obcego. To zaś, co widzę na horyzoncie budzi moją odrazę. I raczej nie chcę żyć w tej helockiej rzeczywistości.
I
Polska –bękart konferencji jałtańskiej.
II
Ostatnimi czasy dość powszechne stało się ogłaszanie klęski idei jagiellońskiej, czy też koncepcji piłsudczykowskiej lub giedroyciowskiej polityki wschodniej. I nie chodzi tu tylko, że po katastrofie z 10 kwietnia bieżącego roku obóz polityczny, który forsował taką (geo)politykę poniósł bolesną stratę. Jest wiele innych przesłanek, które każą realistycznie powiedzieć, że nasza wschodnia polityka okazała się fiaskiem. Tyle, że rzecz nie tyczy się tylko kierunku wschodniego. Naszą politykę zachodnią też prawdę mówiąc trudno uznać za jakiś wielki sukces. Stajemy tutaj bowiem wobec zagadnienia sensu geopolitycznego istnienia państwa polskiego. Moim skromnym zdaniem mamy następujący wybór: albo Międzymorze, albo PRL. Przy czym nazwy te należy traktować bardziej symbolicznie niż dosłownie.
III
Polacy mogą się pochwalić kilkoma niezłymi geopolitykami. Ostatnio dość mocno w Polsce propaguje tę dziedzinę wiedzy Instytut Geopolityczny. Jednak trafnie zauważa J.M.Rokita, że my jeszcze jesteśmy na etapie odzyskiwania geopolitycznego języka na swoje potrzeby. Przykładem, że mamy z tym problem jest pytanie jakie zadał sobie Władimir Putin. Zapytał on siebie jaka była największa geopolityczna klęska Rosji w XX wieku? Udzielił on także odpowiedzi. Według niego tą klęską był rozpad ZSRR. Nad Wisłą jest to zwykle interpretowane, jako przejaw totalitarnych sentymentów tego (byłego) czekisty. Ja zaś nie jestem tego taki pewien. To pytanie ma charakter geopolityczny a nie ideologiczny, czy zawężając nacjonalistyczny. W takim kontekście kwestie rusyfikacji, eksterminacji elit narodowych czy narzucania ideologii komunistycznej mogą zostać ocenione negatywnie. Warto pod takim kątem spojrzeć na obecną strategię Kremla. Ważne jest także żeby Polacy zadali sobie pytanie o swoją największą klęskę geopolityczną. Jeśli zakres pytania tyczyć się będzie tylko XX wieku, to oczywiście odpowiedź jest łatwa- II wojna światowa. Ale to, co się stało wtedy tak naprawdę jest echem innej katastrofy. Tą katastrofą było utracenie przez Rzeczpospolitą w XVIII wieku suwerenności co zaowocowało zaborami.
IV
Z tych zaborów wynika jedna ważna sprawa. Rzecz, o której wolimy nie myśleć dla swojego własnego samopoczucia. Kiedy w XVIII wieku staliśmy się przedmiotem polityki zagranicznej zaczęły się na Starym Kontynencie bardzo ważne zmiany. Aż do XX wieku nie uczestniczyliśmy jako państwo w tych wszystkich procesach. Na naturalne podziały polityczne nałożyły się jeszcze podziały państwowe. To jeszcze bardziej komplikowało i osłabiało nasze położenie. Dostaliśmy, co prawda potem dwadzieścia lat wolności, lecz skończyło się to wszystko Peerelem. Czterdzieści lat z okładem mieliśmy protezę państwa, a wszyscy poważni gracze międzynarodowi wiedzieli, że wszystkie najważniejsze decyzje w Polsce muszą mieć „błogosławieństwo” Moskwy. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Zachód, który tak adorujemy jest przyzwyczajony, że za Polaków mówi ktoś inny. Jest przyzwyczajony, że odpowiednią dla Polaków formą państwowości jest PRL.
V
Polska Rzeczpospolita Ludowa- to bardzo symboliczna nazwa. Pierwszy i ostatni człon wskazują na monoetniczny charakter państwa, zaś środkowy ma wywoływać złudne poczucie ciągłości historycznej. Wbrew pewnej oczywistości PRL nie został wymyślony w XX wieku. Za twórcę tej koncepcji uznawałem przez pewien czas cara Aleksandra I, ale po głębokim namyśle postanowiłem oddać ten tytuł w ręce innego cesarza. Konkretnie zaś w ręce Napoleona I. Czynię tak pomimo tego, że większym sentymentem darzę Księstwo Warszawskie niż Kongresówkę. Jednak trzeba przyznać, że Rosjanie po prostu twórczo wykorzystali to, co wymyślili Francuzi. PRL jak napisałem powyżej państwo ograniczone etnicznie co się przekłada także na kwestię granic. Jego zadaniem jest dostarczanie „spartiatów-helotów”, albo tylko helotów, aktualnemu suwerenowi geopolitycznemu. PRL jest także doskonałą geopolityczną bazą wypadową w marszu na Wschód lub na Zachód. Kierunek także zależy od aktualnego suwerena.
VI
Międzymorze to geopolityczna koncepcja zakładająca sojusz państw/narodów zamieszkujących terytorium Europy Środkowo-Wschodniej, obszar pomiędzy Morzem Adriatyckim, Bałtykiem i Morzem Czarnym (Morza ABC). Naturalnym twardym jądrem takiego związku jest Rzeczpospolita- unia w skład której wchodzi Korona Polska, Wielkie Księstwo Litewskie i Ruś. Kazimierzowi Jagiellończykowi i jego rodzinie udało się zdominować obszar ABC. Niestety Jagiellonowie przegrali z Habsburgami. Sytuacja mogłaby się też zmienić na naszą korzyść gdyby Zygmunt Waza wygrał wojnę o sukcesję szwedzką. Związek Rzeczpospolitej ze Skandynawią mógłby mieć odpowiedni potencjał do dalszej ekspansji na terenie Międzymorza. Międzymorską politykę usiłowała prowadzić II Rzeczpospolita i dlatego została ukarana w 1939 roku.
VII
Na obszarze ABC zewnętrzne potęgi będą wspierały dwa nurtu ideologiczne. Pierwszy to kosmopolityzm. Wyrwanie ludzi z ich naturalnych więzów pozwala łatwiej nimi manipulować. Utożsamienie dbania o swoją wspólnotę z ksenofobią pozwala narzucać rozwiązania służące zewnętrznym potęgom. Drugi nurt to nacjonalizm. Wszelkie koncepty Wielkiej Polski/Litwy/Serbii… itd.,itp tylko pomagają szczuć jedne narody przeciw drugim. Prosty rzut oka na mapę pokazuje, że Europa Środkowowschodnia jest za mała na te wszystkie wielkie nacjonalistyczne państwa. „Bałkanizacja” tego regionu daje jednak możliwość przesuwania wschodnich państewek jak pionów na szachownicy. Poparciem mogą się też cieszyć te organizacje narodowe, które mają pewien potencjał uniwersalistyczny. Wschód będzie wspierał tych, którzy postulują zjednoczenie Słowian czy też szerzej ludów wschodnich przeciw Zachodowi. Zaś Zachód te grupy, które w imię obrony cywilizacji łacińskiej nawołują do krucjaty przeciw Wschodowi.
VIII
Obecne przesilenie geopolityczne zapewne spowoduje utratę przez Polskę jej problematycznej suwerenności. III RP była hybrydowym państwem usiłującym połączyć w jednym byciem Peerelem i Rzeczpospolitą. Coś jednak musi przeważyć. Na dzień dzisiejszy będzie to właśnie PRL. Nie widzę za bardzo w Polsce siły, która mogłaby się przeciwstawić tej tendencji. Większość elit solidarnościowych rządzenie suwerennym państwem po prostu przerosło. Większość z nich oczekiwała po upadku komunizmu nadejścia królestwa szczęśliwości. Tak się jednak nie stało. Zapewne, więc tak jak weterani wojen napoleońskich uznali, że Kongresówka to szczyt naszych możliwości i pokornie przyjmą swoją rolę administratorów z cudzego nadania. Zwłaszcza, że na osłodę będą mieli protezę bycie jednak na swoim. Co do elit postkomunistycznych, to środowisko jest bardzo mocno mentalnie związane z wizją Polski w obecnych granicach geograficznych. Widać też było w ostatnich latach, że z braku Moskwy chętnie zrzucali oni swoje uprawnienia a to na Brukselę, a to na Waszyngton. Co do Kościoła Rzymskokatolickiego to ta szacowna instytucja ewidentnie zagubiła się w obecnej rzeczywistości. Wygodna sytuacja z czasów komunistycznych gdzie każdy przejaw jakiejkolwiek krytyki był zamykany stwierdzeniami, że jest to woda na młyn reżymu został zastąpiony wielce kłopotliwymi sprawami, gdzie ostra krytyka jest formułowana także przez osoby bynajmniej nie wrogie chrześcijaństwu. Ewidentnie trudniej jest zamieść pod dywan różne głupstwa i draństwa popełniane przez „funkcjonariuszy Pana Boga”. Obietnica medialnego parasola nad Kościołem tudzież zapewnienie o poszanowaniu materialnego interesu tej instytucji mogłaby podziałać stymulująco na hierarchię. Równocześnie pewne środowiska kościelne z ulgą przyjęłyby wyrazistszy powrót starego układu „my-oni”. Sytuacja katolicyzmu w Polsce jest o tyle też specyficzna, że jest on częścią międzynarodowej organizacji. Kościół Rzymskokatolicki jest teraz w konflikcie z agresywnym laicyzmem, który chce go zepchnąć na margines życia społecznego. W tym konflikcie dla Rzymu korzystny byłby sojusz z Rosyjską Cerkwią Prawosławną. To zaś też może mieć wpływ na sytuację polityczną RP.
IX
Utrata suwerenności niekoniecznie się musi wiązać z utratę terytorium. Choć Polska musi się liczyć z korektą polsko-niemieckiej granicy morskiej, co niekorzystnie odbije się na naszych interesach ekonomicznych. Może nam natomiast grozić zupełnie inny rozbiór. Podzielą nas po funkcjach. Hipotetycznie mogłoby to wyglądać następująco: Mamy państwo W. Mocarstwo A, które jest żywotnie zainteresowane w utrzymaniu swojej dominacji na morzach i w pasie Rimlandu zgłosiłoby, że jest zainteresowane użyciem sił zbrojnych W. Dotyczyłoby to także wojskowych służb specjalnych, które mogłyby być używane w akcjach w Rimlandzie, ale przede wszystkim pilnowałyby interesów A w swoim kraju. Państwa B i D, które bezpośrednio sąsiadują z W, przejęłyby przede wszystkim kontrolę nad sferą ekonomiczną. Także dlatego by rządy W jakimiś „nieodpowiedzialnymi” inicjatywami nie psuły wspólnych przedsięwzięć tych państw. Cywilne służby specjalne byłby pod kontrolę B i D. Dużą rolę miałaby do odegrania instytucja ustawowo przeznaczona do zwalczania korupcji jako służba bezpośrednio ochraniająca sferę ekonomiczną. Inne służby zajęłyby się ochroną antyterrorystyczną oraz inwigilowaniem ruchów opozycyjnych. Taki scenariusz niesie pewien potencjał optymizmu. Podział generuje także pole konfliktu pomiędzy zaborcami. Może to zostać wykorzystane przez państwowotwórcze elity W. O ile to państwo będzie miało takie elity.
X
Mieszkam Nigdzie. Nie, nie pomyliłem się. Nie chciałem napisać, że nigdzie nie mieszkam. Mieszkam Nigdzie. Jestem obywatelem kraju, który traci swoją tożsamość. Większość naszych uroczystości narodowych odbywa się przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Pochowany jest tam młody człowiek, który poległ w obronie Lwowa. Gdzie jest teraz to miasto? Dla nas ono leży tak jakby w innej galaktyce. I śmiem twierdzić, że dla mieszkających tam teraz Ukraińców to ten Lwów też leży w innym rejonie kosmosu. Moje rodzinne strony są podwójne. Pierwsze, które znam tylko z fotografii, książek i filmów. Nigdy tam nie byłem. Historię tego kraju, WXL fałszują, świadomie i nieświadomie, pospołu Polacy, Litwini i Białorusini. Należę do każdej tej nacji i do żadnej z nich. I jeszcze jestem z tych azjatyckich jeźdźców, którzy przybyli z Kaukazu i stepów by oddać swoje szable na usługi Orła i Pogoni. Te drugie leżą na terenie państwa, o którym nikt nie chce pamiętać, a szczególnie Polacy i Niemcy, bo jego istnienie psuje im narrację o „odwieczności niemieckiej/polskiej” (niepotrzebne skreślić) Pomorza Zachodniego. Może w Szczecinie, albo Koszalinie są jacyś historycy, co uczą uczniów historii Księstwa Pomorskiego. Ja się z takimi nie spotkałem. Widma, otaczają mnie widma. Dlatego chyba w Warszawie bardzo dobrze się czułem na Powązkach. Tam mogłem poczuć tę dawną Polskę. Łacińską i azjatycką zarazem. Ale i też nie wiem czy gdybym się zjawił pośród panów braci, petyhorców i kresowych kniaziów ci nie odrzuciliby mnie jako obcego. To zaś, co widzę na horyzoncie budzi moją odrazę. I raczej nie chcę żyć w tej helockiej rzeczywistości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)